Last updated on

[PL] Karnawał Graczy Blogerów #1 czyli Moja Growa Edukacja

Gaming

Piszę Wam tu o grach, może nie zbyt długo, ale wystarczająco by Wam opowiedzieć o tym jak to się u mnie zaczeło. Zaczęło się dość normalnie. Swoje growe początki zacząłem od PeCeta. Nawet nie pamiętam jego konfiguracji, ale był to jeszcze komputer bez systemu okienkowego. Inaczej mówiąc jako 4-letnie dziecko musiałem nauczyć obsługiwać się DOS’a, a dokładniej Norton Commander’a. Jednakże nie szło mi to najlepiej, więc każda minuta gry była kontrolowana przez mojego tatę. Jak dobrze pamiętam, to na tym komputerze odpalono pod koniec jego żywota Windowsa 3.11.

Na nim grałem chyba w najbardziej nie dostosowaną do mojego wieku grę czyli Wolfenstein 3D. Nie wiem jak to jest możliwe, ale jak teraz patrzę na mojego tatę jak zabrania mojemu bratu grać w gry od 16 roku życia (brat ma 5 lat), to zastanawiam się dlaczego mi pozwalał grać w tą grę. I nagle mnie olśniło. Tata grał w nią ze mną. Tak, mój tata był graczem PeCetowym jak byłem małym chłopcem.

Jest jeszcze jeden tytuł, którego nie zapomnę do końca życia. (W chwili obecnej mam go także na moim komputerze.) Tą grą jest Age of Empires. Najlepsza strategia w jaką dano mi grać. Grałem w to sam! Co lepsze, gra była w angielskiej wersji językowej, co ani mnie ani mojemu tacie, nie przeszkadzało w czerpaniu przyjemności z budowania i rozwijania swojego imperium. Niestety, po jakimś czasie sprzęt ten nie dawał rady i potrzebował wymiany. Następnym sprzętem, który zastąpił poprzedni komputer był… następny komputer PC. Z tymże tą konfigurację zapamiętam na zawsze.

Intel Pentium 3 500 MHz, 128 MB RAMu, ATI Rage 3D Pro i dysk twardy o pojemności 10 GB. Komputer ten dostarczono z Windowsem w wersji 98. Przez długi czas korzystałem tylko z niego, już jednak na Windows XP. Tam grałem w takie tytuły jak Settlers III z dodatkami, Heroes of Might and Magic (choć szczerze mi się ta gra nie podobała) oraz z tego co pamiętam Dungeonkeeper. Z tych trzech tytułów to najlepiej pamiętam Osadników. Pierwsza rzecz, że dostałem wersję pudełkową na imieniny od rodziców (niektórzy pamiętają te piękne wielkie tekturowe pudełka! :)). Po drugie gra była w polskiej wersji językowej, więc grało mi się bardzo wygodnie. Żadna gra nie dała mi tyle satysfakcji co ten tytuł. Wtedy zacząłem czytać pisma o grach komputerowych. Na giełdzie komputerowej skupowałem Bajtka czy Gambita, ale czytałem także Cybermychę (nie wiem czy ktoś pamięta), Komputer Świat Gry, no i oczywiście CD-Action. Najbardziej podobał mi się Bajtek, był dostosowany do mojego wieku, tak sądzę. Niestety z tych wszystkich pism w tej chwili pozostało tylko i wyłącznie CD-Action, którego nie kupuję. O tym jednak później. W pismach tych czytałem o grach, o programowaniu, o sprzęcie, ale często do każdej z nich była dołączona płyta CD. (CD, nie DVD!) Zawsze po przeczytaniu wkładałem płytę do nośnika i czerpałem z niej dodatkowe przyjemności w formie gier, oczywiście.

Jak dobrze pamiętam, w którymś ze starszych CD-Action’ów lub może był to Gambit, whatever, opisano tam bijatykę na PeCety. (Bijatyka na PC na początku XXI wieku, kumacie? Przecież ten gatunek nadal jest słaby na komputerach!) Zwała się Virtua Fighter 2. Tytuł zakupiony w Media Markcie w Markach. W koszu za 20 zł! A to był nowy tytuł. Jejku, pamiętam pojedynki na jednej klawiaturze! Jedna mi poszła z dymem, bo waliliśmy z moim sąsiadem w te przyciski jak głupi. Wtedy też miałem oddzielny “kontroler” do bijatyk czyli dodatkową klawiaturę z PS2, a do normalej pracy jedną z pierwszych klawiatur ze standardem USB. Obie podłączone na stałe do skrzyni z płytą główną.

Mój kontroler służył jednak jeszcze do jednego tytułu. Ten zakupiłem już na giełdzie komputerowej za Stodołą. (Kto pamięta, ręka w górę!) Na giełdzie byłem z ojcem i moja mama zagroziła, że ma mi nie kupować gier o zabijaniu. Dostałem wtedy Klik uczy się liczyć (seria o Kliku, to chyba najfajniejsze gry edukacyjne z tamtych czasów), Jazz Jackrabbit, Jazz Jackrabbit 2 i Kapitana Pazura. Wszystkie gry wspominam bardzo dobrze. Jak widziecie wtedy poznałem gry typu platformer. (Żartuję! Wcześniej grałem jeszcze w pierwszego Prince of Persia na oryginalnej dyskietce, której już nie mam, niestety. :( )

Jazz Jackrabbit to chyba seria, którą wszyscy pamiętają bardzo dobrze. Ja zarywałem noce jako młodzieniaszek by w nią pograć! Czy raczej udawałem, że idę spać, a w nocy odpalałem komputer i grałem. Ile razy mi się dostało za takie postępowanie. Właśnie do niej korzystałem z klawiatury do bijatyk, bo bałem się zniszczyć tą do pracy. Dokładnie ta sama sprawa toczyła się z Kapitanem Pazurem, z tą różnicą, że grałem w nią nie tylko, ja, ale także mój tata. Oczywiście, Kapitan Pazur był po polsku, co znów miało wielkie znaczenie dla mnie w tamtych czasach. W chwili obecnej w Kapitana Pazura gra mój brat na starym laptopie mojego taty. Tytuł zaliczam do listy Gier Wiecznie Żywych, którą muszę Wam kiedyś opublikować.

Zapomniałbym o jednym świetnym tytule.

Heart of Darkness. To jest gra, którą pamiętam bardzo, bardzo dobrze. Pamiętam jak siedziałem godzinami przed monitorem i przechodziłem poziom za poziomem. Co lepsze będąc małym chłopcem nie wściekałem gdy coś mi nie wyszło po raz n-ty, po prostu parłem dalej przechodząc to co mi nie wyszło.

Później przerzuciłem się nagle na RPGi. I wsiąkłem. Normalnie to trzyma mnie do dzisiaj. Ta miłość do RPGów. Baldur’s Gate, Planescape: Torment oraz Neverwinter Nights. Jak tu nie wejść do świata pełnego świetnych przygód? Nie mogłem się oprzeć. Zacząłem dostrzegać wtedy czym jest fabuła w grach. Do dziś wspominam także przepiękną grafikę oraz świetny dubbing (Piotr Fronczewski mówiący “Przed wyruszeniem w przygodę musisz zebrać drużynę.”) z Wrot Baldura. Po drodze przez moje ręce przewinęło się najrozmaitszych konsolek.

Pegasus (oczywiście z kardridżem 1000 in 1), PSX, GameBoy (ten stary, z monochromatycznym wyświetlaczem) czy Nintendo Game&Watch (w wersji oryginalnej i tej mniej) oraz japońskie oryginalne Tamagochi, które uważam za grę. Każda z nich wywarła jakiś wpływ na moje growe życie, ale niestety, żadnej nie posiadałem dla siebie.

W lipcu 2001 roku (widzicie, pierwszy raz widzicie datę xD) za pieniądze komunijne kupiłem coś co nadal leży w moim biurku i się nie kurzy. Niebieskiego Gameboy’a Color’a z Pokemon’ami Blue. Wtedy gdy kupowałem ten sprzęt i grę, tata widząc cenę normalnie powiedziałby, że to jest cholernie drogie i niepotrzebne. Z perspektywy czasu widać, że jest to konsola, która przetrwała kilka pokoleń. Tak naprawdę od dnia zakupu prócz Pokemon’ów, Castlevanii czy Spiderman’a, nic innego nie kupowałem na tą konsolkę. Nie wiem czemu, ale tak było. I nadal te 3 gry leżą jako Trójca najważniejszych gier na kolorową konsolę Wielkiego N. Każdy grał w Pokemony. Nie każdy pamięta Castlevanię, ale ja tak i uważam ją za najfajniejszy platformer z fabułą. Granie na GameBoy’u tak mi weszło w krew, że przy komputerze to mnie nie było widać. Leżałem na łóżku piętrowym (na dole spała moja malutka półroczna siostrzyczka) i grałem na małym ekranie. Magicznie wtedy było.

I pozostało na chwilę dłużej, gdyż zamiast zakupić nowego PeCeta kupiłem dużo tańszego Gameboy’a Advance’a. (Co ciekawe jak na owe czasy. Kupiłem oryginał na… giełdzie komputerowej za Stodołą za cenę 180 zł jak dobrze pamiętam to jeszcze do tego futerał dostałem.) Nowa generacja. Nowe gry. I giełda. To pamiętam bardzo dobrze. Gimbusy nie znają, ale co tu mówić. To było przeżycie. Co drugą lub trzecią sobotę miesiąca jeździłem z tatą na giełdę by… wymieniać gry. Kupowałem jeden tytuł ogrywałem a później jeżeli nie był specjalnie interesujący by go trzymać u siebie w bibliotece to wymieniałem. W chwili obecnej żałuję tylko, że wymieniłem MegaMan’a Battle Network 3. Lubiłem i nadal lubię MegaMan’a i żałuję, że straciłem ten tytuł, a w chwili obecnej trudno go zdobyć. Na GBA poznałem GoldenSun’a, świetny jRPG z turową walką i świetną fabułą, nad którym spędzam więcej czasu niż nad jakąkolwiek inną grą. Nie tylko fabuła czy gameplay były super, ale także gra miała i ma nadal przepiękną grafikę oraz muzykę, która rozbrzmiewa najmocniej po podłączeniu do głośników komputerowych.

Spędziłem także wiele godzin w Kirby: Nightmare in Dreamland. Platformer z bohaterem, który jest różową kulką z nogami i rękami i prócz latania, skakania czy chodzenia, ma także umiejętność pochłaniania mocy przeciwników poprzez wsysanie ich do siebie. Dość nietuzinkowe zachowanie, ale w końcu to gra japońskich twórców. Oczywiście gra była przeznaczona dla młodszych graczy. I znów grafika i muzyka połączona ze świetnym gameplay’em jak na platformer, łechtały moje młode ego gracza. Oczywiście nadal GB Advance posiadam i pogrywam na nim w tytuły, które pozostały w mojej skromnej kolekcji i szukam wciąż ludzi, którzy z chęcią sprzedadzą swoje gry. Jak znacie kogoś kto chce się pozbyć kardridży to proszę powiadomcie mnie.

Po przygodach z konsolami Nintendo, przyszedł czas na wymianę większego sprzętu. No i znów PC. Co tu mówić. Intel Pentium 4 3.00 GHz, 512 MB RAM, 40 GB HDD oraz ATi Radeon Sapphire (numerka nie pamiętam, a komputer nadal stoi i działa) z 128 MB VRAMu. Jak na czasy, w których była kupowana, czyli dokładniej czerwiec 2005 roku, była potworem. Z Windowsem XP na pokładzie odpalała wszystkie nowsze tytuły. Dzięki temu poznałem Call of Duty (serię, którą znają wszyscy, a ja przeszedłem tylko 1 i 4 część), wojenny FPS, nic specjalnego. Pograłem wtedy w coraz to nowszych Osadników. Na tym komputerze uruchomiłem Fable: The Lost Chapters i zakochałem się. Serio, baśniowa kraina, była tak piękna oddana, że nadal w nią gram na nowszym sprzęcie. Historia wciąga do ostatniej minuty. Nie potrafię wyobrazić sobie lepszej gry od tej… No prócz następnego Fable. Nie będę wymieniał każdej gry z osobna, bo tych dzięki CDA przez DVD-ROM przeszło bardzo dużo.

Pamiętam Legacy of Kain, nie tylko wersję z CDA, ale także gry wcześniejsze z tej serii. Wampiry, które mordują złych ludzi? Jak w to nie zagrać. Tym bardziej, że rozpocząłem wtedy bardzo interesować się wampirami i wilkołakami (co mi pozostało do dziś). Później był Blood Rayne, piękna seksowna półwampirzyca, zabijająca swoich wrogów w bardzo subtelny sposób. Będąc chłopakiem, aż miło było patrzeć na krew oraz naszą bohaterkę. (Wiem, jak to brzmi. Sorki, dziewczyny!) Po tylu tytułach mój komputer coraz gorzej się trzymał. Więc musiałem go troszkę podrasować i dołożyłem RAMu do 2GB oraz wymieniłem grafikę znów na ATi ale z 256 MB VRAMu. Takie zakupy pozwoliły mi zagrać w Neverwinter Nights 2. Nie wiem ile razy mógłbym mówić, że jeżeli chodzi o pokazanie papierowych RPG (w które w tamtym czasie grałem) na monitorze to seria NN bazująca na systemie Dungeons & Dragons nie miała sobie równych. Od początku do końca pozostałem fanem Zapomnianych Krain (Forgotten Realms — część świata D&D). Jak tylko słyszę, że coś nowego w tym temacie się dzieję to obserwuję temat bardzo dokładnie. Po Neverwinter Nights zagrałem jeszcze w The Elder Scrolls III: Morrowind. Seria TES ma to do siebie, że nieważne jak chcesz grać. Twórcy dają Ci wolną rękę i tak grałem. Zawsze odgrywałem własne przygody zachaczając o zadania zostawione przez twórców gry.

W 2007 na komputery PC wyszła gra Wiedźmin i w dniu premiery poleciałem do Empiku by ją zakupić. Polska gra, polscy twórcy, polski świat i bohater, Geralt z Rivii. (Dla jednych bardzo polski, dla innych nie bardzo, bo w końcu to fantastyka.) Cóż tu pojawił się mały mankament. Gra ledwo mi chodziła. Jakoś ją przeszedłem i mimo nie posiadania specjalnie dobrej grafiki, wyglądało to super. Historia była genialna. CD Projekt RED, odpowiednio kontynuował przygody Geralta, po jego książkowej śmierci. Wszystko ma swoje wady i Wiedźmin, jako pierwsza gra REDów, także. Najważniejszym były loadingi (czyli ekrany wczytywania lokacji), które zajmowały tyle ile zrobienie herbaty. (Takiej dobrej herbaty, a nie jakiejś Minutki.) Dodatkowo pojawiały się dziwaczne bugi przy dialogach czy podczas walki. Na szczęście CDP RED zajął się sprawą. Trochę im to zajęło, ale ostatecznie loadingi na moim PC nie bolały aż tak bardzo. CDP RED przy okazji wydania, któregoś z patchy udostępnił graczom narzędzie do tworzenia własnych przygód o nazwie Dijinni. Większość gier RPG czy strategii posiadała takie edytory, jednakże jakoś mało kiedy z nich korzystałem. W Dijinni posiedziałem dłużej. Kombinując często jak odpowiednio pokierować gracza. Wtedy tak naprawdę po raz pierwszy zamarzyło mi się zostanie twórcą gier.

Po Wiedźminie nie grałem na tym komputerze w nic nowego, gdyż po prostu tego nie udźwignął. No dobra… Było jeszcze World of Warcraft. Gra legendarna. Wyznacznik sieciowych gier MMORPG. Płaciłem za abonament, ale grałem także na tych “nielegalnych” serwerach. Co można powiedzieć o WoWie? Przesiedziałem w Azeroth z jakieś 4 lata. I nadal co jakiś czas tam wracam. Niestety, żałuję, że ta gra nie jest taka jak dawniej. Blizzard albo nie ma pomysłu, ale kombinuje z kontynuacją tego tytułu. Jedyne co mogę Wam powiedzieć to: FOR THE HORDE! Tak grałem w Hordzie i jestem z tego dumny. Nadal mam moje dwie ulubione postaci: Troll Shaman oraz Blood Elf Rogue. Dwie postacie, którymi nadal gram i jeżeli Wy gracie to dajcie znać to pójdziemy na jakieś raid’a.

W 2008 roku wyprowadziłem się z Warszawy na jej obrzeża. Tam też poszedłem do liceum i zakupiłem Xbox’a 360 w wersji SLIM. X360 dostał po drodze Kinect’a, więc go zakupiłem wraz z tatą, wierząc, że moje młodsze rodzeństwo choć trochę się porusza. Mieliśmy wtedy rację. Mój brat jako jedyna osoba w domu wykorzystuje Kinect’a. Gra sam bez pomocy. No i najważniejsze nie siedzi z padem godzinami jak ja. Ja zaś na X360 przeszedłem 2 i 3 Fable.

Final Fantasy, które poznałem na GBA. Dostałem także recenzencką wersję Wiedźmina 2 (choć na komputer PC wersję też posiadam). No i najważniejsze powróciłem do świata Rayman’a, dzięki Ubisoftowi. Grę zakupiłem dla… niegrającej siostry, w wierze, że choć trochę zacznie grać. Niestety, mi się nie udało. Gra jednak się nie kurzy, bo gram w nią sam lub z bratem. Bawimy się przy tym świetnie. On jest szczęśliwy widząc skaczące postaci, ja zaś zachwycam się pięknem pracy grafików. Poznałem także czym są gry niezależne, dzięki Braid’owi i FEZ’owi. (Moje przemyślenia na temat tej drugiej gry pojawią się w poniedziałek, 30 września. są tutaj.) 3 lata później miałem udać się na studia. Jakie? Informatyczne. Choć nie zawsze byłem pewien czy tego chcę. Jednakże ostatecznie zdecydowałem, że chcę być twórcą gier. Bo ja gry kocham. Przed wyruszeniem na nową przygodę trzeba było się przygotować. Zakupiłem więc komputer. Znów PC, ale już nie stacjonarny tylko laptop.

Czterordzeniowy Core i7 2,3 GHz, 8 GB RAMu, nVidia GT 540m 2 GB VRAMu i 750 GB HDD. Monstrum! Działał idealnie. Prócz kilku mankamentów związanych z Windows (co jak co, ale po drodze zachaczałem o produkty Apple, ale o tym za chwilę). Na tym laptopie przeszedłem pierwszego Mass Effect’a, który nie wywarł na mnie wrażenia. Był po prostu dobrą grą. Odpaliłem na nim każdą cześć historii o asasynach w Assassin’s Creed, ponownie odwiedziłem świat TES przy wyjściu The Elder Scrolls V: Skyrim czy też poznałem dalszą historię Geralta z Rivii w Wiedźminie 2: Zabójcy Królów (najpierw przeszedłem na PC, później ponownie na X360, dzięki uprzejmości CDP RED). Każdą z tych gier pamiętam, bo grałem w nie nie dawno, ale ostatnią grą, która chwyciła mnie jednak za serce był nowy Bioshock: Infinite. Gra piękna graficznie jak i fabularnie. Nie wiem jak ją nawet opisać więc użyję sformułowania angielskiego:Marvelous! Pisałem także o nim tutaj.

Niestety, pół roku temu mój komputer padł. Padł totalnie. Ja zaś potrzebowałem nowe narzędzi pracy. Tak o to, przesiadłem się na OS X. Tak, mam Macintosh’a, a dokładniej MacBooka Pro Mid-2012, czyli dwurdzeniowy Core i5 2,5 GHz, 16 GB RAMu, HD 4000 z 512 MB RAMu (przy OS X 10.9 Mavericks 1024 MB VRAMu) oraz dyskiem 750 GB, przełożonym z poprzedniego PC.

Produktami Apple zainteresowałem się po pierwszym iPodzie, którego posiadałem a jest nim iPod Nano 3G. Nie mogłem dłużej znosić toporności Windows. Przesiadka kosztowała mnie tyle, że musiałem pożegnać nowe tytuły na PC i zdecydować się ogrywać je na X360. Czy żałuję? Ani trochę. Wygodniej mi się gra na telewizorze z padem w ręce, jednakże grania na komputerze nie porzuciłem. Na Maku ogrywam stare tytuły oraz gry niezależne poprzez Steam i Humble Indie Bundle.

Moją historię Wam opowiedziałem. Nie jest może super ciekawa, ale możecie zobaczyć dlaczego nie jaram się takimi grami jak GTA V czy jakieś Call of Duty.

Update #1

Od grudnia 2014 posiadam Xbox’a One. Gram na nim we wszystkie najnowsze tytuły. Jestem bardzo zadowolony z tego wyboru. Jakby ktoś miał XO i chciał mnie dodać do znajomków to szukajcie piotrzaborow. Do zagrania!

Update #2

W 2017 roku wyszła nowa konsola od Nintendo, Nintendo Switch. Kupiłem ją na premierę i od razu stała się moją ulubioną konsolą do grania.

Update #3

W 2020 zamieniłem Xbox One X’a na Xbox Series X. Wraz z Nintendo Switchem stanowią podstawę mojej growej podróży. Xbox do największych gier multiplatformowych, zaś Switch do gier od Nintendo i gier niezależnych.